Islandia cz.4- Gulfoss, Geysir i Pingvellir

Witam Wszystkich w jednym z końcowych postów z serii naszych islandzkich podbojów!

Dziś przedstawię Wam słynny nie ze swej wysokości, ale z szerokości, niesamowity wodospad Gullfoss  , tryskający spod ziemi, gorący  gejzer  Geysir  , oraz inne wydanie płyt tektonicznych na  Pingvellir  , wraz z wodospadem Oxararfoss  .

Jak już pisałam we wcześniejszych postach, Islandią rządzi pogoda. Mieliśmy się o tym po raz kolejny przekonać ale tym razem  bardzo dotkliwie. Podczas tej wyprawy dała nam się we znaki wylewając na nas kubeł zimnej wody.. dosłownie.. i to nie jeden!

Pomijając pogodę, po zakończeniu naszego weekendowego chillu i chartowania, w świetnych nastrojach pojechaliśmy na pobliski Gullfoss. Jeden z głównych atrybutów tego kraju. Niesamowicie przeogromny wodospad, którego po prostu nie można nie zobaczyć, nawet jeśli jest to tylko krótka chwilka, i wieje i leje. Ponieważ byliśmy na Islandii zimą, a do tego przed weekendem mocno dosypało śniegu, wszystkie możliwe zejścia pod sam wodospad były mocno oblodzone i tym samym zamknięte. Zrobiliśmy kilkusekundowy filmik, ze dwie fotki na krzyż i czym prędzej wyruszyliśmy dalej..

Następny stop był przy gejzerach. Pogoda nadal “pod psem”. Udaliśmy się na nasz “własny” wybuch, i czekaliśmy, czekaliśmy.. i czekaliśmy. I nic! Deszczówka dotarła już w rejony naszych ciał, gdzie nawet światło nie dochodzi i w końcu.. jest!!! Hurra wybuchł!!! Piękne przeżycie, pomijając długi czas oczekiwania. Tak bywa, kiedy jest niskie ciśnienie jak np. przy deszczu. Gdy pogoda jest bardziej łaskawa, a ciśnienie wyższe, Geysir cieszy swą mocą cały czas i ciągle, ale nie tym razem :/ Mieliśmy nawet w planach ugotować jajka na jednym z niewybuchających już gejzerów. Nasi kochani przewodnicy załatwili nawet specjalny do tego koszyk- dokładnie taki jak w pierwszej części Iron Majdan. Niestety czym prędzej wróciliśmy do Reyjkjaviku, bo woda wychlupywała nam się już nawet z butów.. :/

          

Lało jak z cebra i to od samego rana, i nie przestało niemalże do następnego świtu. W życiu nie widziałam na raz tyle deszczu!!! Jedyne ciuchy jakie na taką ewentualność szczerze i gorąco polecam wszystkim, którzy mieliby na taką aurę trafić polecam…  gumowe kalosze ze spodniami i gumową kapotę! Tak, tak! Takie wędkarskie!!! Uwierzcie mi, że żadna inna odzież tego nie wytrzyma! 😉 Ale jak to mówią: nie ma ryzyka nie ma zabawy! A po powrocie do cywilizacji gorący prysznic, pizza i koniaczek… 😉

Nazajutrz, wysuszeni i pełni entuzjazmu na dalsze zwiedzanie, wybraliśmy się na Pingvellir. Kolejne miejsce rozpadu płyt kontynentalnych europy i ameryki. Są tam piękne, zaśnieżone połacia łąk- jak mniemam, fantastyczne rzeczki, do których turyści wrzucają życzeniowe pieniążki i których dno jest nimi bosko usłane. Również i my zostawiliśmy tam swoje życzonka 😉 Odwiedziliśmy również budynki pierwszego na Islandii parlamentu. Dalej ścieżką w wąwozie między płytami tektonicznymi dostaliśmy się na punkt widokowy na cały Pingvellir. Na jednym ze zdjęć widać tablicę dokumentującą remont owej ścieżki, która dosłownie rozpadła się po jednym z licznych na wyspie trzęsień ziemi bodajże 😉 Naprawdę niesamowite uczucie stąpać tamtędy 😉

                         

W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o wodaospad Oxararfoss, wysoki w sumie na 22 metry, o którym więcej przeczytacie  tutaj  .

To tyle jeśli chodzi o “plenerki”. W kolejnym poście przedstawię Wam twór człowieka, kolejną wizytówkę Islandii.

Zapraszam

P:*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *